autor
Jan Laskowski
Moje wspomnienia wojenne
niech będą dedykowane tym, którzy zginęli i byli męczeni, że byli
Polakami...
Rok 1939 - 1943
W roku 1939 chodziłem do czwartej klasy gimnazjum w Nowym
Mieście Lubawskim, którą pomyślnie ukończyłem.
Jednym z przedmiotów było „ Przysposobienie obronne". W
sierpniu tegoż roku już głośno mówiło się o wojnie z Niemcami. Dlatego
też nie zwlekając zapisałem się ochotniczo do polskiego wojska. Na
rynku w Nowym Mieście Lubawskim, jako mieście powiatowym odbywały się
liczne wiece w czasie których mówiono o obronności kraju jak i
możliwej wojnie z Niemcami. Na wiecach tych wręczano żołnierzom broń
np.
karabiny maszynowe z ofiar społeczeństwa. Wśród młodzieży gimnazjalnej
zauważało się bardzo dużo patriotyzmu i czynnej chęci obrony
ojczyzny. Wśród kolegów w Bratianie, gdzie zamieszkiwałem z rodzicami,
było dużo pochodzenia niemieckiego. Z kolegami Polakami, często
żartowaliśmy, że Hitlera powiesimy przy młyńskim drzewie. Żarty
później mogły okazać się niebezpieczne, lecz prawda jest taka, że
o tym byli koledzy zapomnieli na szczęście
1-go września 1939 roku rychło rano ochotnicy wojskowi
uczestniczyli w uroczystej mszy. Już w kościele było wiadomo, że wojna
się rozpoczęła. Słychać było wybuchy wysadzanych mostów na rzece
Drwęcy. Za drzewami stali już żołnierze gotowi do obrony. Byli to
żołnierze którzy koszarowali na stacji kolejowej w Bratianie. Jedynymi
środkami lokomocji jakie posiadali, to rowery zarekwirowane dla celów
wojskowych ludności cywilnej. Jako Ochotnik wojskowy z ledwością
dotarłem do domu, gdzie czekała na mnie matka z węzełkiem żywności.
Dziadek dał mi parę srebrnych monet na drogę. Matka próbowała uciekać
na damskim rowerze z bagażami niestety bezskutecznie, gdyż nadmiernie
obciążony, załamał się. Rodzina to jest, matka, ojciec 100% inwalida
wojenny z I wojny światowej, wujek brat matki śmiertelnie chory na
gruźlicę gardła, dziadek około 90 letni, pozostali w domu nie wiedząc
jaki los ich czeka po przybyciu wojsk niemieckich. Ja chcąc dołączyć do
ochotniczego oddziału, dogoniłem ich dopiero pod Tamą Brodzką. Tam też
spadł na nas pierwszy atak bombowy "sztukasów". Dużo zabitych
ludzi i taboru. Stamtąd też dotarła do domu wiadomość, że zostałem
zabity, a był to młodzieniec ubrany podobnie jak ja, w mundurek
gimnazjalny i biały płaszcz - prochowiec. W koszarach w Brodnicy broni
dla nas ochotników nie było, więc dalsza droga piechotą do Grudziądza.
Tam też broni nam nie dali, więc pociągiem chyba ostatnim w tym
czasie do Bydgoszczy indywidualnie się udałem. Do ciotki u której
kilka lat wcześniej mieszkałem i do szkoły podstawowej (od 5
klasy) oraz do gimnazjum (drugiej klasy) chodziłem. Tam
mieszkając przy moście kolejowym spotkało nas bombardowanie. Zniszczone
mieszkanie, więc ucieczka na drugi koniec miasta. Był to już dzień 3-ci
września 1939 roku, dzień odwrotu taborów wojsk walczących pod
Nakłem, i dzień tak zwanej przez Niemców "Krwawej niedzieli
(Blutsonntag in Bromberg). Dni to były straszne. Niemcy miejscowi z
okien strychów do taborów konnych i żołnierzy
strzelali. Dużo trupów ludzkich i koni po ulicach się
walało. Jednak żołnierze tabory konne za miastem pozostawili i do
miasta powrócili. Odwet na ujawnionych Niemcach był straszny (przez sąd
polowy skazania na śmierć).
|